Mateusz Szczypka Rozmowa

Mateusz Szczypka Rozmowa

Czołem Gitarowi Maniacy!

Dzisiejszy gość specjalny kanału to Mateusz Szczypka. Swietny gitarzysta jazzowy, którego miałem okazję poznać kilka miesięcy temu, na koncercie kwartetu Grzegorza Nagórskiego. Zapraszam na rozmowę z Mateuszem, a po niej Mateusz zaprezentuje przykłady oparte na harmonii znanego standardu jazzowego – także zostańcie z nami do końca. Zaczynamy!

Ł: Cześć Mateusz!

M: Cześć Łukasz!

Ł: Mateuszu! Spotkaliśmy się na znakomitym koncercie Grzegorza Nagórskiego w którym brałeś udział. Jeśli chodzi o mistrzów muzyki jazzowej w Polsce, to Grzegorz Nagórski jest to absolutny top. Grasz w dwóch jego projektach, czy mógłbyś coś o tym opowiedzieć?

M: Jasne… W ogóle muszę powiedziec, że jestem z tego faktu zadowolony, bo Grzegorz jest świetnym band leaderem i to pod względem właśnie… i muzycznym -tego topu o którym wspomniałes, ale też psychologicznie – bardzo fajnie potrafi ułożyć zespół i ma taki sort tej cichej charyzmy, którą bardzo lubię. Dalej jest otwarty – bardzo często pyta nas o zdanie – mówię tu o Big Bandzie, ale oczywiście w mniejszym zespole też.

Mateusz Szczypka
Kwartet Grzegorza Nagórskiego Fot. Anna Fojtar

Można mu zasugerować coś, zaproponować, raczej jest z tego faktu zadowolony. Oczywiście czesto ma swoje wizje… i najczęściej są to dobre pomysły, ale tak… Bardzo się cieszę z możliwości współpracy (Z Big Bandem Śląskim), a drugi projekt, czyli Kwartet Grzegorza Nagórskiego, to… na razie mieliśmy okazję w takim składzie wystąpić w zasadzie tylko raz. na koncercie, na którym się poznaliśmy. No i mam duże nadzieje, że to się jeszcze rozpędzi – ta kula z tego zespołu i, że będziemy mieli okazje pograć, bo wiesz jak to jest… pierwszy koncert, nowe numery. Nigdy nie idzie wszystko idealnie tak jak chcesz (jeżeli w ogóle koncerty jazzowe mogą iść dokładnie tak jak chcesz – zawsze jest jakiś element zaskoczenia. Natomiast mam nadzieję, że sprawa się rozwinie.

Ł: Czyli można powiedzieć (na bazie tego co powiedziałeś), że Grzegorz Nagórski to taki ideał band leadera?

M: Tak, myślę, że coś koło tego. Są różne charaktery zdecydowanie. Niektóre są bardziej jakieś… zaborcze (jeśli chodzi o band leadera), bo musi taki trochę być. Natomiast Grzegorz ma fajny balans tych różnych cech, ale generalnie wie jak ułożyć zespół i to duży/mały, ale faktycznie, chyba duże są takim jego konikiem mo,żna powiedzieć – w związku z tym, że ma wiedzę po prostu na ten temat.

Ł: Jasne. Można przeczytać w internecie na Twój temat, że pobierałeś też lekcje prywatne u różnych znakomitości. powiedz mi na ile one, a na ile wykształcenie Twoje wynikające ze studiowania na akademii przyczyniły się do tego jak grasz w tej chwili.

M: Bardzo szerokie pytanie, bo ciężko chyba rozłożyć to wszystko na takie… czynniki pierwsze i gdzieś tę proporcję zobaczyć. Co skąd się wzięło. Wydaje mi się, że to jest jakby – to miejsce w którym jesteśmy, mam nadzieję, że tylko przejściowe i że będzie dużo, jakby… dalej.

To jest suma tych czynników i czasami jedna rzecz, którą na dwugodzinnym workshopie z np. Kurtem Rosenwinklem – zapamiętasz jedną rzecz, która Ci utkwi w pamięci i zaczynasz ją analizować, albo jedno spotkanie z profesorem na studiach, czy też nawet z kolegą, z którym w pokoju sobie ćwiczycie standard. (To) Potrafi mieć duży impakt na to w jakim kierunku pójdzie Twoje ćwiczenie, myślenie. Każdy zbiera te rzeczy, które mu się wydają potrzebne jakby… warsztatowo. Wiec naprawdę ciężko jest mi to ocenić ile tego się wzięło i skąd?

… ale uwazam, że każdy z muzyków – zwłaszcza jazzowych jest w dużym stopniu samoukiem. Najwspanialsze w szkole jest, to, że poznajesz innych muzyków. Ludzi z którymi możesz pogadać o muzyce i pograć przede wszystkim. To jest chyba najcenniejsze. Czyli jakby przez 5 lat znajdujesz się w tej bańce, w której musisz właśnie to robić. Musisz grać i ćwiczyć i nie zastanawiasz się jeszcze nad tym czy powinieneś moze znaleźć „prawdziwą robotę”- jak to się mówi.

Ł: Czy mógłbyć opowiedzieć coś na temat swoich inspiracji. Czy inspirujesz się głównie gitarzystami, czy może są to inni muzycy/instrumentaliści?

M: Właściwie… Oczywiście, że są to wszyscy. Każdy, kto mnie choć trochę zainspiruje… nie rozdzielam tego tak bardzo, aczkolwiek wiadomo, że jako gitarzyści lubimy słuchać gitary, bo wiadomo, że jest to najlepszy instrument na świecie. Także przyznaję, że lubię gitarę i od lat, jakby… chyba stąd się wzieła muzyka. I własciwie też przez gitarę do jazzu… bo pierwsze inspiracje to raczej stylistyka typu Led Zeppelin, Deep Purple, to były pierwsze zespoły, które mnie na tyle wciągnęły, że zachciałem grać i ćwiczyć na gitarze.

Ł: Takich historii słuchałem już z ust gitarzystów kilka. Myślę, że Mike Stern miał podobną historię. Zaczynał od Hendrixa i gdzies tam pojawił się później jazz. U ciebie było podobnie.

M: Tak, zdecydowanie. Mógłbym wyrysować tutaj jakąś nawet linie, która szła. Bo to bardzo proste jak po tych Led Zeppelin, Deep Purple przyszło… Pamiętam nawet takiego gitarzystę z troszeczkę nowego pokolenia – dla mnie… nowszy, precyzyjniejszy, czyli Steve Morse, który przyszedł na miejsce Richiego Blackmoora.

Oczywiście już Deep Purple nie było takie same natomiast cos mi zaświtało, że to jest zupełnie inny rodzaj precyzji i zacząłem się rozglądać. Później był krótki moment fascynacji takimi szybszymi gitarzystami typu Steve Vai, Joe Satriani.

Ł: Przeszło?

M: Przeszło mi po koncercie S. Vaia w Warszawie i estetyka jakby nawet niemuzyczna, ale wizualna – jego wygibasy na scenie – jakby w tym momencie zupełnie zamiast mnie to zainteresować to poprostu sprawiło, że przestałem tego słuchać.

Ł: Czyli taki przerost formy się pojawił?

M: Trochę tak. Takie pajacowanie wtedy mi się wydawało. Może to jest po prostu Show i teraz, chyba nawet jestem bardziej otwarty na to, żeby to akceptować jeżeli dla niego to działa, bo oczywiście są to dobrzy muzycy dalej.

Aczkolwiek, jakoś tak się złożyło, że w tym samym momencie zauważyłem… włąśnie przez tą znowu gitarę rockową…ci shreederzy tak zwani przez coś takiego pomiędzy, czyli fusion.

Czyli Frank Gambale, Scott Henderson. Włąśnie Scott Henderson to jest właśnie jeden z moich kolejnych idoli jak już jesteśmy przy tym pytaniu. No i on został.

Ł: Część z nich odeszła, jednak Scott Henderson został…

M: Dokładnie. On przyciągnął mnie. Oczywiście też w międzyczasie tam się pojawiły jeszcze takie większe składy typu Pat Metheny, albo trochę elektrycznego Scofielda, więc już wchodziłem na tę szufladę z bardziej mainstreamowym graniem.

Natomiast przez tą elektryczną… tam mi się spodobała ta wolność, ta improwizacja… i że w ogóle w tym rockowym jeszcze świecie – z elektrycznym basem, z groovem raczej funkowym była ta wolność… taka jak jest w jazzie. No i póżniej już jakby się rozgałęziło… Pamiętam też jeszcze… ciężko mi to już chronoliogicznie uporządkować… jedną z tych płyt taką jeszcze była – jedna z ostatnich płyt Milesa, czyli: Live Around The World. Ona właściwie była bez gitary, chociaż Foley tam gra na czymś co jest…

Ł: Ni to basem ni gitarą…

M: Tak. Natomiast tam – po raz pierwszy chyba… na tej płycie spodobały mi się właśnie inne instrumenty. Szczególnie mówię tu o Kennym Garecie, który po prostu… Solo w Human Nature – Do dzisiaj mam to (przed oczami) jak idę przez miasto i słucham w słuchawkach tego nie wiem, czy pierwszy raz… ale taką mam pamięć z tego zdarzenia. I to zapętlone zostało… po prostu słuchałem tego w kółko – tego prawie 10-cio minutowego sola Kennego Garreta w tym utworze…

I to była też kolejna przebitka do świata innych instrumentów, do świata bardziej akustycznego, bo naturalnie zacząłem się później interesować innymi projektami właśnie Kennego Garreta między innymi.

Później jakby już naturalnie usłyszałem Cannonballa Aderleya, który do dzisiaj pozostaje jednym z moich ulubionych instrumentalistów – muzyków jazzowych. No i później się już ta baza otworzyła. Zacząłem słuchać różnych…

Wśród moich ulubionych jesli chodzi o innych (bo tego Scotta dalej uważam, że to jest nie tylko gitarzysta fusionowy, ale po prostu muzyk)…

Ł: Nagrał na przykład płytę stricte bluesową prawda? Dog Party.

M: Tak, to też prawda, ale generalnie po prostu… muzykalność, to jest coś co mnie inspiruje u takich ludzi jak Scott czy Kenny Garret, którzy rozwijają jakąś myśl. :ogika ich wypowiedzi po prostu zawsze do mnie przemawiała, plus akurat u tych dwóch conajmniej… sound, który obaj maja tak charakterystyczny chociaż to zupełnie inne dziedziny, ale nie do pomylenia jest.. i robi taką robotę, że zawsze moge ich słuchać. O każdej porze dnia i nocy.

Ł: Z kim (tego formatu właśnie jak Miles Davis), kto jest dzisiaj Twoim idolem chciałbyś zagrać?

M: Chyba nie chciał bym z takim formatem grać jak Miles bo bym po prostu (śmiech) nie wiem co bym tam mógł robić. Może bym odpalił więcej przesteru i delaya, ale… to by chyba było przerażające… Nie mam takiego jednego nazwiska. Bardzo lubię doświadczać w ogóle grania z nowymi muzykami. Po raz pierwszy zwłaszcza, więc… za każdym razem jest to cieszące, ale nie jestem w stanie wymienić jednego… Oczywiście jakby wymienić tą wagę ciężką typu… z żyjących takiego Kennego Garreta naprawdę nie wiem czy chciałbym to zrobić, bo to by było przerażające po prostu znaleźć się na jednej scenie koło takich ludzi.

Ł: … a miałeś takie przerażające doświadczenie w swoim życiu?

M: Przypomina mi się jakiś jam (chyba w Bielsku-Białej) gdzie na scenę przyszli: Ambrose Akinmusire i Walter Smith, nawet chyba Kendrick Scott (chociaż z nim chyba wtedy nie grałem… zaraz do tego wrócę), ale okazało się, że po prostu goście są tak przemili, że nie było to stresujące. Może oprócz tej chwili, kiedy pierwszy pył opadł (przez chwilę było).

Okazało się, że goście są bardzo wspierający. Pamiętam któryś numer… nie znałem funkcji do niego i chciałem zejsć, a Walter lub Ambrose (nie pamiętam który) powiedział „nie, nie stary ja Ci podam… tu jest proste, a w bridge’u masz to, to i to”. To było bardzo miłe i właściwie poczułem, że Ci wielcy muzycy (w sensie świetni instrumentalisci – zwłaszcza stamtąd) są mili, skromni, bo to im pomaga też lepiej funkcjonować w tym biznesie.

Ł: Wydaje mi się, że to jest domena zwłaszcza ludzi, którzy są muzycznie spełnieni, prawda?… którzy już nie mają jakichś swoich nie spełnionych aspiracji. np. Grzegorz Nagórski jest tutaj dobrym przykładem naprawdę fajnego, otwartego, spokojnego człowieka.

M: Może… Nie zrobiłem takiej statystyki (śmiech) co sprawia, ze ktoś jest niemiłym gburem, albo, że ktoś jest w porządku. Myślę, że to też byłoby pewne uproszczenie. Natomiast wracając do tego faktycznie z kim chciałbym, grać to myślę głównie chyba o perkusistach i takim właśnie… jednym z nich mógłby być Kendrick Scott.

Przyszedł mi do głowy, bo inna taka (naprawdę specjalna dla mnie) chwila live – gdzie widziałem go i to właściwie chyba dzień przed ich koncertem, bo grali koncert (swoje autorskie rzeczy, czyli Oracle – zespół Kendricka Scotta), a dzień wcześniej on grał chyba przez 1,5h na jamie z wszystkimi polskimi muzykami.

… i po prostu nie mogłem uwierzyć jak on sprawiał, że każdy muzyk, który znalazł się na tej scenie zabrzmiał genialnie, po prostu dla mnie to było niesamowicie wtedy wspominam to jak muzykalnie grał i otwarcie i przede wszystkim… jak sprawiał, że każdy zabrzmiał dobrze.

Ł: Czy mógłbyś coś opowiedzieć o swoich autorskich projektach np. Szczypka/Kaletka Quartet, albo Hot Strings Gypsy Quartet?

M: Jasne. Z Marcinem (Kaletką) gramy w zasadzie wspólnie od czasów studiów gdzie się poznaliśmy. Czasem jest to Quartet, czasem Quintet. Powiedzmy, ze trochę z ruchomą sekcją, ale najczęściej jest to Piotrek Południak na basie, Mateusz Pałka na pianie, oprócz Marcina kaletki na saksofonie i mnie… i z perkusistami, to najczęściej graliśmy z Grzegorzem Masłowskim, albo z Grzesiem Pałką. Parę razy chyba z Patrykiem Doboszem, o ile dobrze pamiętam w tym składzie… tak też graliśmy. W każdym razie jest to bardziej skład, który uaktywnia się przy okazji jednego na pół roku grania, może czasami dwóch.

Ł: Czyli z Big Bandem Śląskim koncertujesz zdecydowanie częściej?

M: Tak. (śmiech) Mamy od wielu lat plany nagrania płyty, natomiast (jak widać) one nie idą zbyt szybko, bo żaden z nas nie jest świetnym managerem, ani pracocholikiem jeśli chodzi o załatwianie rzeczy.

Gypsy Quartet, to jest po prostu… w zasadzie dosyć spontanicznie (bo ja zawsze, od dawna jestem fanem Django Reinhardta, bo jak można nie być). Jednego z najlepszych znowu… gitarzystów, ale chyba muzyków, bo zrobił coś dużo więcej niż samo to, że był doskonałym gitarzystą. Można powiedzieć, ze stworzył nurt praktycznie.

Ł: Kiedyś Joe Pass powiedział o trzech gitarzystach, których by wymienił, którzy naprawdę zrewolucjonizowali gitarę i to jest Django Reinhardt, Charlie Christian

M: … i Steve Vai (smiech)

Ł: … i Wes Montgomery

M: No tak. Zgadza się… i chyba z nich (nie wiem czemu) jeszcze najbliższy mi jest Django, mimo, że muzyka może jest trochę archaiczna na nasze warunki, ale to jest właśnie tak, z takimi muzykami, że on się po prostu pojawia i nieważne w zasadzie, on gra tak… nieważne co się dzieje. Sądzę, że on w tych czasach… nie wiem co by grał, ale byłby takim samym geniuszem.

Miał taki talent i tak to tkwiło w nim… nawet brak możliwości używania wszystkich palców, a jedynie dwóch zupełnie go nie powstrzymał. No więc zespół ten (Hot Strings Gypsy Quartet) nasz miał byc takim małym tribute’m i właściwie tez tak dosyć luźną inicjatywą, chociaż nagraliśmy parę coverów polskich utworów.

Jest to propozycja taka można powiedzieć komercyjna, ale nastawiona na to, ze po prostu ma to brzmieć… nie wiem jak to określić… ma to być muzyka lekka, mimo wszystko – tak jak postrzegam Gypsy Jazz, a jednocześnie nie ma to być po prostu jakiś tandetny smooth jazz.

Czyli własciwie nie wiem dla kogo to jest. Dla odbiorców, którzy lubią lekki jazz, ale też dla nas, żeby było to dalej oparte o jakies kanony prawdziwego jazzu, a nie jakiegoś smooth jazzu. Czyli mozna powiedzieć, ze jest to bardziej lekko-komercyjny skład.

Ł: Po tym co opowiadasz, to kojarzy mi się jakaś bardzo sympatyczna knajpka (w Krakowie jest mnóstwo takich, myślę, że na Kazimierzu jest kilka ciekawych), przyciemnione światła, stoliki, świeczki.

M: Tak. W zasadzie tak to trochę postrzegam. Oczywiście jak zacząłem wdrażać się w tą muzykę jakiś czas temu – bo na początku myslałem, no dobra jest trochę tych cygańskich gitarzystów, którzy grają rewelacyjnie. Po prostu pospisuję ich, poobczajam tą technikę. Okazało się, że ta technika jest przerażająca i nie mam pojęcia do dzisiaj… nie wiem czy chcemy się tu wdawać w szczegóły, ale oni grają większość downstroke, czyli gdy przenoszą kostkę z jednej struny na drugą, mimo, że to jest z dolnej struny na górną, to robia to dalej w tą samą stronę. Jest to niezwykle trudne technicznie, a niestety jest to jeden z elementów tej artykulacji tej właściwej.

Ł: Czyli to nadaje ten drive tej muzyce…

M: Tak. Jest to jeden z elementów. Myślę, że można to jakoś obejść natomiast… Jak zacząłem się troszeczkę pakować w tą muzykę stwierdziłem: to nie będzie takie łatwe także… Jest to zespół nasz, w którym nie mamy takiego dużego ciśnienia., żeby było to superpoprawne, bo po prostu nie wychowaliśmy się tam, nie uczyliśmy się z dziada pradziada, tej techniki jak sobie wyobrażam, że tak robili tamci gitarzyści, bo widząc, ze niektórzy z nich nie znają nut, nie znają teorii, a grają tak fantastycznie, że nie potrzebują tego.

Ł: Czyli o tego typu muzyce myślisz podobnie jak o naszej muzyce góralskiej tak? Że to musi być przekazywane (żeby zabrzmiało w taki sposób stricte) z dziada pradziada, tak? Czy niekoniecznie?

M: Nie. Nie myślę o tym dogmatycznie, ale myslę że tak miało miejsce w wielu z tych sytuacji i że dzięki temu jakoś… (oni) nasiąknęli tą muzyką. Wiedzą jak ma to brzmieć i dzięki temu grają to tak jak grają. Myslę, że każdy jest się w stanie… to znaczy chcący jest w stanie nauczyć się tej muzyki, ale zauważyłem, ze jest to bardzo trudne chociażby z tego technicznego punktu widzenia.

Oprócz tego jest to cały słownik jakby, język którym wyrażają się. Oni mają swoje licki, które grają w zasadzie wszyscy, ale Ci najlepsi łącza je po prostu w fantastyczny sposób.

Ł: Jest w tej muzyce dużo serca. Takiej uczuciowości, prawda?

M: Na pewno. Tak brzmi w każdym razie.

Ł: Myslę, że ważną kwestią dla każdego muzyka jest poszukiwanie własnego stylu. Jak Ty się na to w ogóle zapatrujesz? Powiedz mi jak powinien wyglądać taki proces poszukiwania swojego stylu?

M: O, to dobre pytanie jest, bo nie wiem, czy mogę powiedzieć, ze mam jakiś unikalny styl, albo czy on jest w ogóle jakimś wynikiem takich bardzo przymyślanych decyzji. Myślę, że tak samo, w ogóle jak z procesem nauki jest wypadkową różnych rzeczy.

Ł: Chociażby tych inspiracji, o których wcześniej opowiadałeś.

M: Myślę, że to jest taki trochę proces selekcji tego co Ci się podoba, co Ci się nie podoba. Wydaje mi się, że własnie tacy geniusze muzyczni, czy takie osoby, które za takie uważamy, a czasami oni się za takich nie uważają…

Ł: Chyba nawet najczęściej (śmiech)

M: …może… mają coś takiego, ze jakby ten ich dar polega na takiej bardzo szybkiej, dobrej selekcji. Myślę, że dużo muzyków (i jest to łatwiejsze trochę, tzn. wszyscy to robią łącznie z nimi jak sądzę) poprostu wzorujesz się na kimś i imitujesz to… i jakby czasami trudno z tego wyjść, zwłaszcza jak np. masz mało tych źródeł inspiracji, albo zbyt duzo się koncentrujesz na jednym, albo zwłaszcza dla gitarzystów gdy jest to inny gitarzysta.

Od razu często wyłapuję (i u siebie też, ale u innych) dobra ten słuchał dużo tego, a ten tego, ale to są elementy. To są składnie. Dużo rzadziej zdarza się ktoś bardzo oryginalny i myślę, ze nie ma na to żadnej recepty jednej.

Ł: … ale z tego co mówisz, to trzeba pewną bibliografię przerobić, żeby do tego swojego stylu własnego kiedyś dotrzeć… Prawda?

M: Myślę, że tak, chociaż pewnie różne są drogi, bo taki Ornette Coleman, to ludzie (jazzmani) się pukali w czoło. Co on robi?

Ł: Czyli od razu robił coś niezwykłego.

M: Czy od razu? No miał bardzo konkretną droge, z której niektórzy własciwie muzycy nabijali się, więc też jest taka furtka… aczkolwiek to jest sytuacja pewnie jedna na milion. Dużo częstsze jest to, że przerabiasz dużo, duzo różnych rzeczy i z tego gdzieś tam się formuje jakiś styl.

Ł: Czy z tej świadomości wziął się u Ciebie pomysł studiowania na Akademii? (Muzycznej)

M: Pomysł studiowania po prostu się wziął z tego, ze chciałem grać i jakby to było automatyczne. Nie musiałem na ten temat za dużo myśleć natomiast akurat tak… Ja jestem… uważam, że im więcej wkładasz jakby różnych źródeł tym lepiej… że to Cie nie może zepsuć. No chyba, że wkładasz tam głównie jakiegoś… Zenka… nie wiem (ale nie Miguela Zenóna śmiech).

Ł: Chyba żaden z nas tam tego nie wkłada (śmiech)

M: (śmiech) Dokładnie… ale nie wiem co by się wydarzyło, może coć bardzo ciekawego i nowatorskiego – disco-jazz polo. Natomiast wydaje mi się, ze im więcej różnych rzeczy konsumujesz, to gdzieś to tam przebywa dziwną drogę i wychodzi w może nawet niespodziewany sposób, bo jak przełożyć nie wiem… takiego Cannonballa? Oczywiście można dźwięki spisywać na gitarę, ale czasami szukasz właściwie co jest wyjątkowego w danym muzyku.

Własciwie możesz się zainspirować jedną rzeczą, którą później wykorzystasz. ona będzie częścią Twojego stylu, a stylu jak sądzę nie tworzy się w jeden dzień tylko przez lata. Gdzieś tam jak ten kamyk szlifowany coś tam z tego się formuje… ale to jest ciekawe. Ciężko mi w tym momencie stwierdzić jak powstaje jakiś styl konkretny.

Wydaje mi się, że najprostszą odpowiedzią jest selekcja tego co lubisz szczerze w muzyce plus… moje jakieś próby faktycznie polegają na tym, żeby znaleźć coś… co jest faktycznie… np. siedzenie i szukanie… (to co kochamy najbardziej jako gitarzyści) …w gratach jakiegoś choć trochę unikalnego brzmienia… albo w dźwiękach, czyli na przykład prosta rzecz… odpalasz na godzinę, na dwie, na tydzień jeden akord i próbujesz po prostu grać różne rzeczy i jak coś Ci się wreszcie spodoba, to prubujesz iść tym tropem.

Ł: Jesteś laureatem wielu konkursów – tylko polskich, czy nie tylko?

M: Tak. Nie tak wielu, ale tak… tylko polskich… chociaż niektóre mają łatkę international.

Ł: Z której nagrody, generalnie jesteś najbardziej dumny?

M: Generalnie zacznijmy od tego, że bardzo nie lubię (większość muzyków nie lubi) konkursów, bo po prostu (jest to) bardzo stresujące przeżycie zwykle…

Ł: Chyba nawet podobnie jest z egzaminami, co?

M: … a widzisz z egzaminami nie czułem takiego… tej presji. Nawet mam coś takiego, że na egzaminach… jest kilka osób, które po prostu musi cie słuchać, bo im za to płacą, ze teraz cie posłuchają, a później ewentualnie ci powiedzą coś na temat twojej gry – czyli taki feedback jest pożądany. Oczywiście na konkursach niby też natomiast… Masz wygrać – to jest cel konkursu. Raczej się ciężko skoncentrowac… dobra, ja po prostu będę muzykalny i zagram siebie… no czujesz tą presję niestety… dlatego… mimo wszystko…

OK, fajne są te konkursy, tylko bardzo trudno wydaje mi się wypracować w sobie taki mindset, w którym podchodzisz do nich odpowiednio i myślę, że gdyby wypełnić ten podpunkt to by było dużo lepiej. Natomiast ogólnie mam też trochę fajnych wspomnień typu, hang’u po takim konkursie, czy to właśnie na Śmietanie, gdzie zjeżdża się np. piętnastu gitarzystów z całego świata i wszyscy świetnie grają i są fajnymi ludźmi. Poznajesz ich, później gdzieś tam nawet śledzisz generalnie na facebooku, czy gdzieś – ich rzeczy. Masz z nimi kontakt – to jest fajne.

Samo granie zwykle raczej jest stresujące – przynajmniej dla mnie, ale te konkursy… na kilku byłem jakichś gdzie one się kończą wieczorem jakimś dobrym hangiem, gdzie już cała ta presja schodzi i wtedy jest już fajnie. Natomiast sam proces rywalizacji jest (wiadomo) trudny ze stresującego punktu widzenia.

Ł: Co byś był w stanie polecić osobom, które samodzielnie uczą się jazzu, korzystając z tych wszystkich nowoczesnych możliwości jakie teraz mają – chodzi mi o nowe media?

M: Myślę, że jednak… że media są świetne i można tam znaleźć wszystko, ale chyba w ogóle mimo wszystko dobrze na start mieć kogokolwiek fizycznego, kto jednak gdzieś tam przynajmniej ci wyselekcjonuje właśnie te ćwiczenia, bo…

Ł: Wybierze dla Ciebie te właściwe…

M: Tak.

Ł: Czyli trzeba mieć nauczyciela jednym słowem.

M: Nie mówię, że trzeba, ale zapraszam (śmiech)

Ł: Dobrze byłoby mieć (śmiech) Potwierdzam – świetny nauczyciel – naprawdę 🙂

M: … ale wydaje mi się, że po prostu chodzi o ogrom tych materiałów. Po prostu nie jesteś w stanie wybrać na początku co masz robić. Więc… a są takie proste ćwiczenia, które w zasadzie na start… jakby… nie ma w nich dużej filozofii, a trzeba je przerobić i zawsze będą pomocne. Więc chyba zacząłbym jednak od tego, zeby się zwrócić do kogoś, kto ma ciało nie internetowe i żeby po prostu nawet powybierał – OK ta szkoła, ta szkoła i to byłby dobry start, a później…

tego już jest tak dużo, że w zasadzie można przebierać w tym.

Ł: Zwracam się w takim razie do Ciebie jak do nauczyciela i gdybyś miał wybrac takie jedno, najlepsze ćwiczenie. Właśnie dla tych ludzi, którzy uczą się sami. Co by to było za ćwiczenie?

M: … ale troszeczkę bym to tutaj podzielił na kategorie, bo mówimy o jazzie tak?

Ł: Mówimy o jazzie. Tak.

M: Myślę, że taką rzeczą, z którą nie możesz po prostu zabłądzić jest granie trójdźwięków, czterodźwięków na progresjach. Brzmi bardzo podstawowo to ćwiczenie natomiast zawsze możemy jakby wyjść od tego prostego ćwiczenia i je stopniowo komplikować. Czyli drugi stopień to jest na przykład nie zaczynać od prymy, zwiększać tempo, grać formę utwory tylko z samym metronomem.

Natomiast dosyć proste w założeniu ćwiczenie, w kótrym ogrywamy każdy akord trójdźwiękiem. Pamiętam własnie miałem kiedyś lekcję Skype-ową z Lage Lundem i wiadomo, że nie byłem już wtedy początkującym, a on był w ogóle takim uważanym wtedy za jednego z najbardziej nowoczesnych gitarzystów na rynku, przynajmniej w mojej wiedzy. I dokładnie właściwie to było jedno z ćwiczeń, które pokazywał… i jak on to grał to wydawało się w ogóle bardzo nowoczesne granie mimo, że grał głównie te trójdźwięki natomiast… poszedł parę tych stopni dalej, typu rozłożone… szersze akordy zmiany najbliższą drogą właśnie. Można je komplikować w bardzo różnoraki sposób.

Natomiast chyba jakbym miał w tej chwili właśnie jedno wstrzelić takie ćwiczenie, to mogłoby być to.

Ł: Czyli skupienie się generalnie na harmonii

M: No oczywiście, ale widzisz… (śmiech)

Ł: Spłyciłem to…

M: Nie, nie. Tylko, że to jest jeden aspekt…

Ł: … a co np. z tempem, z rytmiką ogólnie?

M: Polecałbym to wykonywać równo (śmiech). Otwieramy cały jakby szeroki temat własnie pojęcia czasu (timeu tak zwanego)… No tak, oczywiście należy te ćwiczenia wykonywać z jakimś metronomem, czy innym wyznacznikiem czasu, czy podkładem. No i tu otwierają się kolejne etapy i możliwości jakby komplikowania tych ćwiczeń, albo właściwie przejście na inne, bo nie wiem czy dobre jest robić te dwie rzeczy na raz na początku.

Czyli po prostu granie równe z metronomem, z metronomem ustawionym na dwa i cztery, granie z metronomem na cztery, ustawianie metronomu np. w taki sposób, że dwa takty gra, kolejnych dwóch nie… albo można tez ustawić metronom na jakieś zupełnie inne… np. na ćwiartki z kropką lub triole. No to już jakby cały temat wielu możliwości spędzenia na bezludnej wyspie czasu tylko z metronomem i zostania mistrzem time’u.

Ł: To dzięki Mateusz za rozmowę. Życzę dalszych sukcesów. No i co? Widzimy się na koncertach Big Bandu Śląskiego i nie tylko.

M: Zapraszam oczywiście. Dzieki Łukasz za rozmowę. Fajnie, że prowadzisz taki kanał i rozszerzasz wiedzę o gitarze. I dzięki za zaproszenie.

Ł: Dzięki

P.S M: Graliśmy sobie dzisiaj All Of Me, więc spróbujemy na bazie własnie tego utworu pograć trochę tych trójdźwięków. Postaram się do nich ograniczać, ale mogą się pojawić jakieś dźwięki przejściowe

To jest ustawienie czwartej miary w takcie czyli metronom ustawiony na cztery i raz na cztery takty uderza też raz.

Rozmowę z Mateuszem Szczypką przeprowadził Łukasz Fojtar

Zostaw komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Shopping Cart