Wspomnienia o Marku Blizińskim

Wspomnienia o Marku Blizińskim – Zapis, transkrypcja PODCASTU, który swoją premierę miał 22.03.2021 roku w dzień urodzin Marka Blizińskiego

Czołem gitarowi maniacy! Wita Was Łukasz Fojtar z kanału Gitarmaniak. Dzisiejszy podcast (Wspomnienia o Marku Blizińskim) to nie lada gratka dla wszystkich tych, którzy mają marzenie zostać zawodowym muzykiem – gitarzystą.

Bohaterowi naszego podcastu udało się to marzenie spełnić. Mało tego, to właśnie Marek Bliziński przecierał w Polsce szlaki jazzowej gitary.

ŁF: Moim gościem jest Pani Teresa Blizińska, żona Marka Blizińskiego. Bardzo serdecznie witam Panią Teresę i dziękuję za przyjęcie zaproszenia.

TB: Witam wszystkich, witam Pana.

ŁF: Moje pierwsze pytanie jest takie: Czy to prawda, że Marek praktycznie nie rozstawał się z gitarą? Może Pani opowiedzieć ile czasu poświęcał na ćwiczenie?

TB: Tak. To prawda. Marek kiedyś powiedział, że gdyby miał wyjechać w jakieś najwspanialsze miejsce na świecie, ale bez gitary, no to by się nie zdecydował… i graniu na gitarze, ćwiczeniu poświęcał każdą wolną chwilę. W porę i nie w porę można powiedzieć. Bez względu na okoliczności. W pociągu, na drągu, w przeciągu – ciągle trzymał gitarę w dłoniach.

ŁF: No, to niezwykłe… czytałem, że Marek każdą swoją gitarę musiał rozłożyć i ponownie złożyć. Czy to prawda i czy lubił ogólnie majsterkować?

TB: Takiego wydarzenia, żeby on rozłożył, złożył gitarę nie pamiętam, ale rzeczywiście miał bardzo duże zdolności manualne i uwielbiał majsterkować. Także w tych momentach, kiedy akurat nie grał, to robił różne, nawet drobne mebelki, jakieś półeczki. Na przykład jak trzeba było przystosować jakieś krzesełko, stołeczek dla dziecka, to tam… od razu wyciągał swoje pudło, miał takie świetne pudło z narzędziami. Niezwykle starannie wszystko było uporządkowane… i o swoje gitary dbał bardzo, nawet do przesady, tak samo jak dbał o samochód – wprost nieprawdopodobnie. Bardzo starannie czyścił, dbał o stan futerałów. To było wprost perfekcyjne. Również dbał o swoje dłonie, co dla muzyka wydaje się oczywiste, ale obserwując innych gitarzystów nie zawsze to było widoczne, a gitary niektórych pozostawiały wiele do życzenia. Natomiast Marka gitary lśniły czystością i były niezwykle dopracowane. Na przykład progi. Trzeba się cofnąć w czasie, (odbyć) taką podróż w lata 60-te, kiedy zdobycie instrumentu to był wyczyn, a jeszcze dobrego instrumentu – to był podwójny wyczyn. Więc Marek miał swoich lutników do których jeździł. Którzy dbali o stan jego gitar, tam podpiłowywali progi, robili jakieś korekty i Marek podpatrując ich pracę mógł w przyszłości sam już zadbać o stan instrumentów. Także muszę powiedzieć, że coś w tym jest, ale nie to że tak jak małe dziecko (rozkłada/składa) – to nie.

ŁF: Mam takie pytanie. Ewa Bem w swojej piosence, której autorem tekstu był Wojciech Młynarski śpiewa o muzyku, który zwiał z orkiestry, bo nie z każdym lubił grać. Czy rzeczywiście jest to nawiązanie do Marka? Dlaczego uciekł z Orkiestry Polskiego Radia, w której składzie grały znakomitości jak m.in. Włodzimierz Korcz. Co mu nie odpowiadało?

TB: Była to praca na pół urzędnicza. Próby zaczynały się o 10:00 rano i trwały prawdopodobnie tak (do godzin) między 13:00-14:00, czyli wyjmowały z dnia najlepszy czas. Dla muzyka to jest czas bezcenny, bo wtedy człowiek jest najbardziej aktywny. Jeżeli chodzi o muzykę, o sam styl tej orkiestry – ona była taka bezstylowa ponieważ tam były nagrywane podkłady dla piosenkarzy jakieś takie. To była komercja. Więc pierwsza rzecz, która Markowi nie odpowiadała to był obowiązek pójścia do pracy, tak jakby do biura, druga rzecz to była ta komercja, a trzecia rzecz… Marek już wtedy, kiedy pracował w orkiestrze, (to był jakiś rok ’77 mniej więcej) dużo już jeździł, koncertował. Często na przykład nocami miał jakieś swoje nagrania, a potem rano musiał iść, wlec się do pracy. Więc w pewnym momencie stwierdził, że to pod żadnym pozorem go nie satysfakcjonuje. Dla mnie jako dla żony (ta praca) to było bardzo dobre, ponieważ po pierwsze mąż sobie poszedł i ja miałam w domu swobodny czas, po drugie mieliśmy ubezpieczenie i stałą pensję, jak to na etacie, no ale właśnie blaski i cienie etatowej pracy tutaj dały o sobie znać i Marek pewnego dnia przyszedł do domu i oświadczył mi, że już nie pracuje. Był wtedy… to się nazywało, że jest pracownikiem Komitetu d.s. Radia i Telewizji. Następnego dnia przyszedł do nas… naszedł właściwie nasz dom jakiś niezidentyfikowany człowiek pytając czy mamy w domu telewizor. My nie mieliśmy telewizora, a wtedy telewizory dla pracowników Komitetu d.s. Radia i Telewizji, były bezpłatne. Tenże pan przyszedł prawdopodobnie nas przyłapać na nielegalnym posiadaniu telewizora – niestety to się nie udało. Więc tak to było. Teraz, czy to zainspirowało Wojciecha Młynarskiego do napisania piosenki? Przypuszczam, że tak, ale to można było by jego, samego spytać co już jest niemożliwe. W każdym razie to jest ogólnie kojarzone, bo akurat zaraz po tym wydarzeniu ta piosenka się pojawiła no i Ewa (Bem) ją śpiewa świetnie. Ta piosenka i ten tekst ma też odniesienia nie tylko muzyczne.

Wspomnienia o Marku Blizińskim
Marek Bliziński (Zdj. z archiwów rodzinnych)

ŁF: Rozumiem. Wiem, że Marek doskonale transkrybował utwory z nagrań. Wiem też, że w tamtych czasach ciężko było o zachodnie nagrania. Jak Marek zdobywał taśmy, płyty?

TB: Tylko z zagranicy. Wyjeżdżając gdzieś na jakieś koncerty swoje kroki natychmiast kierował do sklepów muzycznych i tam godzinami przebierał w płytach, wyszukiwał, przegrywał sobie. Też od kolegów, bo miał sporo takich znajomych, którzy byli kolekcjonerami płyt. Były to wtedy płyty czarne, te wielkie, winylowe ponieważ przypominam, że dokonujemy podróży w czasie do lat ’60, ’70 XX wieku. To była… jak to powiedzieć… taka partyzantka, teraz nie do wyobrażenia.

ŁF: Jasne… Chociaż akurat mamy renesans płyt winylowych i to chyba dobrze.

TB: Tak

ŁF: Marek pochodził z rodziny, w której były tradycje muzyczne, a jak bycie wybitnym gitarzystą wpływało na Państwa dzieci? Może Pani opowiedzieć słuchaczom o wpływie pasji Marka na ich życie? Czy dziś, któreś z nich zajmuje się zawodowo muzyką?

Wspomnienia o Marku Blizińskim
Dzieci Państwa Blizińskich (Zdj. z archiwów rodzinnych)

TB: Mamy dwoje dzieci. Syna i córkę. Żadne z nich nie zajmuje się muzyką zawodowo, aczkolwiek oboje są muzykalni i oboje ukończyli szkoły muzyczne. Beata skończyła Wydział Konserwacji Zabytków, a ostatnio zajmuje się mediacją. Natomiast Maciek mieszka za granicą. Jest informatykiem, ale bardzo dużo czasu poświęca (zwłaszcza teraz w czasie tej… kwarantanny) grze na gitarze i na basie. On skończył szkołę muzyczną Alicji Kazaniszyn już nieżyjącej. Szkołę imienia Krzysztofa Komedy, w której to szkole ja też pracowałam. Teraz… jak tradycje muzyczne wpłynęły na Marka. Tradycje muzyczne w jego rodzinie to był dziadek, który skończył konserwatorium w Paryżu, ale też był z zawodu konserwatorem dzieł sztuki – Bohdan Marconi słynny ratownik obrazu Bitwa Pod Grunwaldem w czasie okupacji niemieckiej, no ale to jest temat na inny wieczór. Dziadek był dobrym skrzypkiem, ale już kiedy urodził się Marek, to dziadek nie grywał. W każdym razie nie miało to wpływu na niego (Marka) chyba tylko geny. Tym bardziej, że kierunek Marka w tych latach 60-tych, czyli gitara elektryczna, to było coś, co się nie mieściło w konwencji. Ta rodzina była bardzo taka tradycyjna. Wtedy wychowanie jakie odbierali rodzice Marka – dziadkowie, to było wychowanie takiego typu, że rysunek, gra na fortepianie należało do kompletu. Także ojciec jego też grywał na fortepianie jakieś fokstroty. Mama również była muzykalna i uczyła się grać na fortepianie. Także ta ogólna atmosfera obecności muzyki w życiu, to Marka uczyniła bardzo subtelnym. Natomiast bezpośrednio nie (wpłynęła). Podobnie jeśli chodzi o Marka i dzieci nasze. Marek był bardzo rzadkim gościem w domu, a jak już był w domu, to albo grał w słuchawkach na uszach. Siedział, coś tam spisywał, także dzieci miały cichutko siedzieć sobie. Niemniej przekazał im geny, które są bardzo mocnym przekazem, prawda? Natomiast niczego ich nie uczył. Nie wywierał na nich wpływu. Raz tylko, po powrocie do domu, kiedy Marek zajmował się dziećmi, oni mieli po kilka lat, to pamiętam, że uczył ich grania jakiejś kolędy na pianinie, ale to nie było specjalnie jakieś nadzwyczaj pociągające dla nich.

Wspomnienia o Marku Blizińskim
Marek z dziadkiem Bohdanem Marconim (Zdj. z archiwów rodzinnych)

ŁF: Czy to prawda, że Marek nienawidził gitary klasycznej? Od początku wiedział, że chce grać jazz?

TB: Tak. Marek od początku wiedział, że chce grać jazz i jazzem się fascynował… i na pytania – słuchaj stary co Cię Ciebie interesuje? (odpowiadał) jazz… a masz jakieś jeszcze inne zainteresowania? Nie, tylko jazz… a masz jakieś hobby? Tak – jazz. No miał tam jeszcze takie małe hobby, jeśli chodzi o majsterkowanie, ale to na prawdę bardzo na marginesie. Teraz – co do gitary klasycznej. On nie to, że nienawidził gitary klasycznej, ale nienawidził jak go ktoś do tego namawiał, zmuszał, zawracał mu głowę, udowadniał, że to jest prawdziwa sztuka, a ten jazz to tam taka podrzędna. No to tego nienawidził. Natomiast sama gitara klasyczna ani go grzała, ani ziębiła. Po prostu to nie była jego bajka.

Wspomnienia o Marku Blizińskim
Marek Bliziński (Zdj. z archiwów rodzinnych)

ŁF: Jednak w zespole „Czterech” Marek pracował nad utworami Bacha. Pomagała mu Pani w rozczytywaniu utworów. Proszę coś o tym opowiedzieć.

TB: Tak. Spotkaliśmy się w szkole muzycznej. Marek był przez 3 lata uczniem w szkole muzycznej II stopnia na Świętojerskiej wtedy. Na wydziale kontrabasu, ale już wtedy (byliśmy w jednej klasie) od pierwszego momentu kiedy się spotkaliśmy, to ja wiedziałam, że on gra na gitarze w zespole CZTERECH. On zapraszał mnie do Medyka (w klubie Medyka wtedy grywali tzw. wieczorki do tańca, ale grali również utwory Bacha i znów… Co było do dyspozycji? Nuty. Marek sam się uczył nut, on był kompletnym samoukiem, no i jeśli chciał usłyszeć jakiś utwór Bacha no to trzeba żeby mu ten utwór ktoś zagrał. Oczywiście ja nie byłam aż tak wspaniałą pianistką, żeby czytać fugi 4-głosowe a’vista, ale on czasami mówił – słuchaj, pomóż mi tutaj, zagraj mi to, czy to, albo chociaż temat. Albo na przykład… on grał sobie pamiętam… to jest takie preludium C-mol szesnastkowe „Das Wohltemperierte Klavier” – Marek grał górę, a ja lewą ręką ten bas, który tam też był. Jakby to są dwa głosy i bardzo szybko trzeba było grać, no to mu pomagałam to grać. Także to nas trochę zbliżyło, a poza tym czasami prosił, żeby mu zanucić jakąś bossa novę, jakiś standard i on wtedy sobie układał akompaniament do tego, więc ja tam sobie coś podśpiewywałam, a on grał. Szczególnie to były bossa novy, albo jakieś takie melodie typu Summertime. Także bardzo dużo czasu spędzaliśmy muzykując i to takie pokrewieństwo dusz było początkiem naszej znajomości, miłości i małżeństwa.

Młody Marek Bliziński
Marek Bliziński (Zdj. Z archiwów rodzinnych)

ŁF: W takim razie chciałem zapytać jeszcze o taką rzecz: (ponieważ nigdzie nie wyczytałem) W jakich okolicznościach rozpadł się zespół CZTERECH?

TB: Bo ten zespół się nie rozpadał spektakularnie. To się jakoś tak rozeszło po kościach. Myślę, że ważne było to, że Andrzej Turski, który był tak zwaną drugą gitarą odszedł na studia dziennikarskie. Jakoś, nie wiem… muzycy się porozjeżdżali… Każdy poszedł w swoją stronę, ale nie było kłótni czy jakiegoś tam konfliktu. Po prostu… jak to powiedzieć?… Wszystko ma swój początek, środek i koniec i tak to było.

ŁF: OK… Jak nawiązała się współpraca z Ewą Bem i zespołem Bemibek? Czy Marek o to zabiegał, czy może Ewa Bem go odkryła, lub o nim usłyszała?

TB: Szczerze mówiąc. Nie znam okoliczności. Nie chciałabym konfabulować. To było dość małe środowisko więc nie sposób, żeby się gdzieś nie spotkali. Przypuszczam, że po prostu zaproponowano Markowi, żeby przyłączył się do zespołu. Tam był Alek Bem, który grał na perkusji, Ewa Bem śpiewała, Andrzej Ibek (dlatego ten Bemibek), a po wyjeździe Andrzeja Ibka Bemibem – potem się przemianowali. Także myślę, że w sposób naturalny nawiązali… a ponieważ… To jest tak jak z wszystkim, że albo idzie, albo nie idzie. No ale tam poszło. Zaczęli koncertować. Dłuższy czas ze sobą współpracowali. Głównie to były nagrania, koncerty i…. niestety trasy. To były długie trasy. No jak dla mnie (jako dla żony) to nic dobrego.

ŁF: Wrócimy do tego tematu.

TB: Jeździli nawet… Tak… Nawet jeździli do Związku Radzieckiego ówczesnego. Dużo grali na koncertach.

ŁF: Poznali się Państwo w szkole muzycznej II stopnia. Marek chodził na kontrabas, ponieważ nie było w tamtych czasach klasy gitary. Jak udało mu się dostać do szkoły nie mając świadectwa pierwszego stopnia? Dlaczego szkołę porzucił?

TB: No to jest dobre pytanie. Jak udało mu się dostać do szkoły? To… przypuszczam, że tajemnicą tam są jakieś znajomości. Może rodzice mieli jakieś możliwości przekonania władz szkolnych, bo rzeczywiście do szkoły średniej były dość ostre egzaminy zarówno teoretyczne jak praktyczne, a Marek nie miał tej szkoły podstawowej, a więc bardzo duże braki jeśli chodzi o teorię. Co do samego instrumentu no to… trudno, żeby dzieci zdawały egzamin z kontrabasu, więc może tutaj jakoś łatwiej było mu przejść przez to sito. Może było wolne miejsce. Tego nie wiem, nie chciałabym tutaj nic zmyślać. W każdym razie Markowi trudno było na zajęciach typu solfeż na przykład – czytanie nut głosem, ta historia muzyki, ta konieczność znajomości wielu utworów klasycznych. No on tego nie mógł w takim szybkim tempie wchłonąć. Więc męczył się trochę w tej szkole, a najbardziej męczył się na lekcjach kontrabasu i to jest trochę śmieszna sprawa… bo struny kontrabasu są bardzo grube i odciski na palcach lewej dłoni robią się troszkę w innym miejscu niż odciski od gitary. Pan pewnie to wie jak wygląda Pana lewa ręka i na pewno może pan szklankę z wrzątkiem trzymać w dłoni, prawda?… a kontrabas trochę inaczej wpływał na opuszki palców i to Markowi strasznie przeszkadzało. Dlaczego porzucił szkołę? Po trzech latach męki (bo to była męka) wyjechał do Szwecji. To był ’69 rok. …1969 i pojechał do Szwecji, żeby zapracować na kupno gitary i wzmacniacza, co było w Polsce z dwóch przyczyn nieosiągalne. Po pierwsze trudno było zarobić takie pieniądze, a po drugie nie było na rynku takiego sprzętu. Więc wyjechał, a potem jak już wrócił to okazało się, że w drugiej szkole średniej, na Bednarskiej otworzono klasę gitary klasycznej no i tam Marek się przeniósł, ale wytrwał tylko pół roku i już potem nigdy do szkoły nie wrócił.

ŁF: Recenzenci koncertów poza tym, że chwalili Marka, to opisywali go jako kamienną twarz, lub kamienny posąg, a jak to wyglądało w Państwa domu? Czy w każdej sytuacji był introwertykiem?

Wspomnienia o Marku Blizińskim
Marek Bliziński, Gniezno 86 (Zdj. z archiwów rodzinnych)

TB: Rzeczywiście Marek stojąc na scenie sprawiał wrażenie posągu, ale jeśli ktoś go dobrze znał i wpatrzył się w jego twarz, to jego twarz nie była kamienna. Szczególnie jak grał solówkę, jak improwizował, to ta twarz była właśnie pełna wyrazu, ale to może… niekoniecznie każdy musiał się w to wpatrywać. Natomiast w domu to była ta druga strona księżyca. Bardzo lubiłam jego poczucie humoru, jego sposób bycia. Introwertykiem był między ludźmi. Nie wiem dlaczego tak było. Natomiast w domu, kiedy w tych… bardzo nielicznych chwilach, kiedy bawił się z dziećmi, jakieś tam z nimi odprawiał fikołki – to był zupełnie inny człowiek. Często (on) potrzebował się wygadać, ( jak każdy człowiek) więc kiedy wracał do domu po pracy, po nagraniach, po trasie to opowieściom nie było końca. Nawet miał na karteczce, swoim pismem napisane wszystko, co mi ma opowiedzieć. No więc mówił, mówił, mówił, mówił… a jak ja czasami powiedziałam: co ty powiesz? albo no, no, no… to on mówił – nie przerywaj mi i mówił dalej. Więc to była ta druga strona jego do kompletu. Do tego jego milczenia. Jego znajomi, koledzy pytali mnie. W jaki sposób wyście się w ogóle poznali? Przecież on w ogóle nic nie mówi. No ale jakoś… przez muzykę jakoś doszło do naszego związku.

ŁF: Jak rodzice Marka zareagowali na to, że chce on być profesjonalnym muzykiem, były z tym jakieś problemy?

TB: No rodzice Marka mieli bardzo duży problem, czemu się z resztą wcale nie dziwię. Najpierw Marek jako uczeń liceum… dobrego… chodził do Liceum Reja na Królewskiej, ale był bardzo niesolidnym uczniem. Uciekał ze szkoły po to, żeby grać. Jego nauczycielem, pierwszym… takim w cudzysłowie nauczycielem był Tomek Jaśkiewicz i do niego właśnie sobie jeździł zamiast chodzić do szkoły… i tam spędzali czas grając na gitarach. Więc Marek tam (w tej szkole u Reja) nie zabłysnął. Skończyło się na tym, że przeniósł się do szkoły… tak zwanej wieczorówki, to było trochę taką degradacją i rodzice jego to bardzo przeżywali. Rodzice byli porządnymi ludźmi w sensie zawodowym, towarzyskim no i to było dla nich ciężkie do przeżycia. Ale bardzo go kochali. Był Jedynakiem. Rodzice Marka podczas Powstania Warszawskiego… po powstaniu zostali wygnani z miasta i musieli pieszo podążać do Pruszkowa. Tam w obozie byli rzuceni na beton, a mama Marka spodziewała się dziecka. Po czym ojciec został skierowany do transportu na Oświęcim… z tego transportu uciekł… a mama nie wiedząc o niczym (co się stało z jej mężem) szła w letniej sukience z jedną paczuszką, z pieluszką spodziewając się w każdej chwili, że urodzi dziecko i urodziła dziecko. Urodziła córeczkę, która nie przeżyła tego. Więc po takich przejściach, po takich nieszczęściach… kiedy urodził się Marek, to wiadomo, że on był takim… oczkiem w głowie. Był bardzo ukochanym, wyczekiwanym, jedynym dzieckiem, więc też stosunek rodziców Marka i dziadków do niego był specjalnie jakiś….bardzo opiekuńczy. Mieli dla niego oczywiście już plan. bardzo chcieli, żeby poszedł w ślady dziadków, żeby został na przykład architektem, albo jakimś konserwatorem malarstwa, kimś takim, bo dziadek był wtedy dziekanem wydziału konserwacji malarstwa. No a on nic tylko gitara i gitara. Więc jako uczeń, już wiadomo było, że jeżeli nie zdał porządnej matury, tylko taka byle jaką no to już nie ma co marzyć o porządnych studiach i w dodatku jeszcze ta gitara. I pamiętam – już znałam Marka, kiedy rozmawiali ze mną i pytali, czy mogłabym na niego wpłynąć żeby przynajmniej była to gitara klasyczna, żeby to była jakaś muzyka klasyczna a nie takie jak to dziadek mówił „rąbanie drzewa na huculszczyźnie”. Nie mniej Marek szedł swoją drogą niezłomnie. Te konflikty zresztą nie były zbyt ciężkie. No trochę tam mama się dąsała, ale kiedy zobaczyli że on jednak nie zrezygnuje ze swojej drogi, że pójdzie w stronę jazzu, to pogodzili się z tym i potem wręcz byli jego fanami i bardzo go wspierali.

ŁF: Odpoczywali Państwo w domku letnim w Krzyżówkach pod Kaliszem. Jednocześnie wiem, że to tam powstawały utwory Krzyżówki 78, 79 i inne. Czy Marek wszędzie zabierał gitarę? Nigdy od niej nie odpoczywał?

TB: No tak. O tym już mówiliśmy. Nigdy od niej nie odpoczywał. Właściwie on odpoczywał grając na gitarze. Domek na Krzyżówkach to jest takie rodzinne gniazdo. Marzenie, żeby tam cały czas, w każdej wolnej chwili przebywać. Opowiem jeszcze taką anegdotkę. Pierwszy raz, kiedy poznałam zespół CZTERECH (Marek Bliziński – pierwsza gitara, Andrzej Turski – druga gitara, Marek Rosiński – perkusja i Marek Brodowski – bas) i oni grali sylwestra. Sylwester ’66/67 to był ten sylwester, kiedy ja byłam w Klubie Medyka na tej nocy całej jako już dziewczyna Marka. I spotkaliśmy się wszyscy w Klubie Medyka w takiej pakamerze, w takim pokoiku gdzie wisiała mapa Polski na ścianie i jak zespół zobaczył mapę Polski to wszyscy rzucili się do tej mapy: – O, ooo, tu Krzyżówki, tu Krzyżówki, bo oni już wcześniej byli na Krzyżówkach, bo tam mieli jakieś próby, tam sobie przygotowywali repertuar. Więc ja sobie pomyślałam, że te Krzyżówki to jakieś magiczne miejsce i rzeczywiście… magiczne.

Domek Marka na Krzyżówkach
Domek w Krzyżówkach (Zdj. z archiwów rodzinnych)

ŁF: Tuż przed Państwa ślubem, we Włoszech skradziona została Markowi gitara Gibson Les Paul. Wiem, że bardzo pomógł Zbigniew Namysłowski. Może Pani opowiedzieć słuchaczom o tym wydarzeniu?

TB: Tak. To był rok 1971. My mieliśmy już wyznaczoną datę ślubu na wrzesień, a sprawa wydarzyła się w sierpniu. Marek przez 3 miesiące wraz z Polskim Big Bandem jeździł po Włoszech jako akompaniujący takiej włoskiej piosenkarce… ona miała taki swój pseudonim Lara Saint Paul. Jej mężem był niejaki Cariaggi. Ten Cariaggi to czarny typ. On wykończył na przykład Annę German, która również miała z nim kontrakt, wypadek i potem on ją zostawił na lodzie. Więc tenże sam Cariaggi skrzywdził również Marka. Jeżdżąc po Włoszech, od Mediolanu po Sycylię mieli czasami jakiś postój i widocznie… przypuszczam, że mafia miała już Marka namierzonego – jego instrument, ponieważ w bardzo krótkim czasie, podczas postoju, nagle jego gitara zginęła z autokaru. Po prostu wyszła. Ja byłam jeszcze wtedy w Polsce i Marek do mnie zadzwonił, powiedział że właśnie skradziono mu gitarę i żebym poszła do Pagartu, bo wtedy wszystkie kontrakty były przeprowadzane przez Pagart. Pagart zgarniał 15% wynagrodzenia muzyków w dewizach, a więc oprócz podatku normalnego, jeszcze Pagart miał swoją dolę. W Pagarcie dowiedziałam się, że nie było ubezpieczonych instrumentów, czyli nie było takiej klauzuli wobec tego niech się Marek martwi sam o swoje sprawy. Ja pojechałam do Włoch razem z Krystyną Namysłowską, żoną (Z. Namysłowskiego) pojechałyśmy tam do chłopaków. No i… bieda. Bo teraz… skąd wziąć instrument? Cariaggi dał Markowi jakąś taką, śmialiśmy się – kłonicę. On na niej grał kalecząc sobie palce, żeby dokończyć ten kontrakt. Cariaggi zresztą uciekł nie wypłaciwszy ostatniej transzy wynagrodzenia muzykom, więc to w ogóle naprawdę… straszny, straszny typ. No i zostaliśmy… Polacy pojechali do domu, do Polski, a my zostaliśmy w takim składzie: Zbyszek Namysłowski, Krystyna, Marek i ja. I byliśmy gdzieś tak w okolicach Mediolanu. Ponieważ Krystyna miała… oni mieli tam swojego Fiata 125, to my tym Fiatem jeździliśmy. Spaliśmy w jakichś najtańszych hotelikach no i zastanawialiśmy się… co tu robić? Ja miałam zaczynać studia za kilka dni, bo to już był koniec… nie… właściwie za miesiąc. No i mieliśmy mieć ten ślub, a tu nie ma gitary i Marek mówi – ja nie wracam bez instrumentu, co tu zrobić? Marek prosił kolegów o pożyczkę, ale jakoś słabo to wyglądało. Jedyny Zbyszek podparł Marka w tym względzie. No i w pewnym momencie już wszystkie… jakie tylko Zbyszek miał pieniądze (i Krystyna) zebrali, zmobilizowali i pojechaliśmy do sklepu gdzie do nocy… właściwie to przez pół nocy trwały targi w końcu zakończone sukcesem takim, że chłopcy już wyciągnęli podszewkę z kieszeni… taka była scena śmieszna. Wtedy były jeszcze liry to w milionach lirów były ceny. I Zbyszek wyciągając tę podszewkę z kieszeni… jeszcze mu wypadło 10 lirów, no to było jakby nie wiem… złotówka, czy 50 groszy, i ten sklepikarz mu jeszcze to zabrał. No i w ten sposób Marek nabył gitarę. Dzięki Bogu mieliśmy bilety samolotowe już, także mogliśmy do Polski dojechać. No i szczęśliwie mogliśmy wziąć ślub i mogłam rozpocząć studia.

ŁF: Niesamowite… Swoistym wzorcem jazzowego brzmienia była i właściwie do dzisiaj jest gitara Gibson ES-175. Marek posiadał taką. Pamięta Pani ile miał gitar? Jak często je wymieniał?

TB: No właśnie wczoraj, przygotowując się do naszej rozmowy chciałam sobie to przypomnieć. Marek miał oczywiście zawsze gitarę… jakąś akustyczną. Jedną miał ze stalowymi strunami, jedną z nylonowymi, taką klasyczną, bo często trzeba było zagrać coś takiego. Miał 12-strunową gitarę i jeszcze chyba ze dwie elektryczne. On sobie ustawiał czasami te gitary i robił im zdjęcie, tak jakby modelkom, więc musiałabym dotrzeć do tych zdjęć. Może postaram się to zrobić. Oczywiście on nie wymieniał gitar. Czasami… chyba pierwszą, jaką miał – to był Hofner, to ją sprzedał, ale on się przywiązywał do swoich gitar i raczej ich nie wymieniał. Zresztą muszę powiedzieć, że ta kradzież we Włoszech, tam w okolicach Neapolu, to nie była jedyna kradzież gitary. Drugi raz skradziono mu gitarę w Nowym Jorku. On mieszkał w jakimś hoteliku i po prostu było włamanie i ta gitara została wyniesiona, ale musiałabym się mocniej skupić i jakoś przypomnieć sobie… To była gitara… no to był jakiś Gibson i też było to okropne, bo to było jego narzędzie pracy.

ŁF: Yhm… Myślę, że mógł być to Les Paul.

TB: Tak, mógł być to Les Paul.

ŁF: Marek grał na statkach co wiąże się z długotrwałą rozłąką, a jak to wyglądało wcześniej? Na długo wyjeżdżał w trasy? Jak w tym kontekście wygląda małżeństwo z zawodowym muzykiem?

TB: Małżeństwo z zawodowym muzykiem, to jest małżeństwo z marynarzem. Oczywiście… wyjeżdżał na trasy i więcej go nie było niż był. Może 3/4 czasu to był poza domem, ale to ma swoje blaski i cienie, czyli plusy dodatnie/plusy ujemne. Plusem było to, że po powrotach to były zawsze takie miodowe tygodnie, miodowe dni i te opowiadania Marka bardzo ciekawe. Marek dużo pisał listów i gdzieś one mi się podczas przeprowadzek zapodziały, ale mam taki cały zestaw listów, które on pisał do dzieci i tutaj się ujawniały jego zdolności plastyczne, pewnie odziedziczone po przodkach, bo to były kolorowe listy, pełne różnych wycinków, rysuneczków i… bardzo pięknym stylem Marek pisał do dzieci. Także to była ta więź, która przez rozłąki może nawet się trochę wzmacniała. No ale też… kształtowaliśmy się różnie w naszych rzeczywistościach – ja tutaj w tej siermiędze lat 70-tych, 80-tych, no a on tam w Stanach Zjednoczonych. Opowiem jedno wydarzenie. Marek wrócił i chciał sobie kupić buty. Scena się odbywała w nieistniejącym już domu towarowym Junior. Dużo ludzi, coś tam rzucili, jakieś buty były. Poszliśmy i Marek sobie siedzi. j mówię – dobrze, to ty tutaj poszukaj tych butów, a ja się rozejrzę jeszcze co tam w kobiecych, tych stoiskach. Wracam, a Marek dalej siedzi. Siedzi sobie na takim krzesełku. To ja mówię – no co?… poszedłeś?, poprosiłeś o coś? – No nie, no ja czekam, aż do mnie podejdą. On czekał, aż podejdzie do niego ekspedientka i zapyta co go interesuje. No i ja wtedy mówię – dziecko… mógłbyś tak siedzieć tu cały rok i nikt do Ciebie nie podejdzie. Musisz tu łokciami się trochę rozepchnąć. No tak to było.

ŁF: Podobno Marek stronił od alkoholu i innych używek. Czy wiązało się to z chęcią maksymalnego wykorzystania czasu dla gitary? Zawsze był abstynentem?

TB: Marek w swojej wczesnej młodości nie stronił tak bardzo od alkoholu. To znaczy nie miał w sobie nic z alkoholika, ale bywały sytuacje, jakieś przyjęcia, kiedy wypijał wino. Jego ulubione wino było czerwone do kaczki. Nawet palił papierosy w swoim czasie. Rzucił je w Szwecji w 1969 roku, kiedy po prostu skończył mu się zapas papierosów, a każdą markę odkładał na gitarę, więc żal mu było przepalać pieniądze no i od tej pory nie palił i nawet stał się niezwykle srogim wrogiem palaczy. Niesamowicie tępił, nie mógł tego znieść. Teraz… czy to się wiązało z chęcią maksymalnego wykorzystania czasu dla gitary? (abstynencja). Raczej to nie tak. Muzycy zawsze jakby… no wspomagali się alkoholem. Niektórzy już przed koncertem, inni (w większości) po koncertach. Marek brał swój samochód wyjeżdżając na trasy (co z resztą było dość kosztowne), ale wolał wsiadać po koncercie i wracać do domu, a koledzy o drugiej, trzeciej, czwartej w nocy jeździli po mieście i szukali skąd by tutaj jakieś pół litra wytrzasnąć co z resztą nie było tak łatwe jak teraz. No i to go strasznie denerwowało i miał do wyboru: albo się rozpić, albo przestać w ogóle pić żeby wszyscy wiedzieli, że on nie pije. Mnie nawet pytano: Jak ty to wytrzymujesz, że on nie pije? No i ja mówiłam, że nie mam z tym problemu. Więc on wybrał to drugie – nie piję i już. Także to było raczej takie…, że tak powiem obyczajowe, czy… chodziło o to, żeby nie popaść w ten… taki… styl alkoholowy, ciąg.

ŁF: Marek był wykładowcą na letnich warsztatach w Chodzieży, tam zresztą zawiązała się przyjaźń z innym znakomitym gitarzystą Jarosławem Śmietaną. Spełniał się w roli nauczyciela? Lubił uczyć?

TB: Tak. Marek był wykładowcą na letnich warsztatach w Chodzieży i w Ameliówce również pod Kielcami – zimą. Chodzież była latem, Ameliówka była zimą. Tak, i tam poznali się z Jarkiem Śmietaną, który, jak już w swoim filmiku* pan to zaznaczył okazał się już dojrzałym gitarzystą i… oni sobie tam grali duety. W następnych warsztatach już Jarek był też wykładowcą. Marek był oblężony uczniami, którzy go uwielbiali. Patrzyli na niego z podziwem, ale Marek był dla nich surowy i wymagający. Ponieważ sam był samoukiem, to bardzo go drażniło jeżeli uczeń chciał żeby mu wszystko wykładać – kawę na ławę i takich biernych uczniów, którzy siedzieli pasywnie i mówili – ty mnie ucz, to on ich po prostu nie znosił. Za to w większości chłopcy po prostu… spijali z jego rąk, z jego ust całą tę wiedzę, która była unikalna. Nie było nikogo, kto mógłby takiej wiedzy im udzielić i ja też byłam… wtedy. Nasz synek miał pół roku jak byliśmy pierwszy raz w Ameliówce, a jak byliśmy pierwszy raz w Chodzieży to był ’73 rok, więc byliśmy świeżo upieczonym małżeństwem i Marek był po prostu oblężony. W każdej chwili oni tam pukali do niego, chcieli jeszcze jakieś nuty, chcieli jeszcze jakichś wskazówek na jamach, bo wieczorami odbywały się koncerty Jam Sessions, gdzie kadra zaczynała, a potem dołączali się uczniowie i grali razem ze swoimi mistrzami. Rzeczywiście było tam wielu, naprawdę wspaniałych mistrzów, jazzmanów. Więc nie wiem czy Marek lubił uczyć, ale bardzo go to budowało i imponowało mu to. Czuł się dowartościowany, ponieważ on jako samouk, bez żadnych tytułów, bez żadnych szkół, papierów czasami popadał w taki kompleks, że on jest takim… nikim, nie ma żadnego wykształcenia, a daj Boże każdemu takie wykształcenie. Ja jako studentka akademii muzycznej mogę powiedzieć, że byłam zafascynowana tym, że jemu nikt nie każe, że nikt mu nie zadaje lekcji, a on to robi sam i to naprawdę perfekcyjnie. Ja na przykład, żeby się tam czegoś nauczyć, żeby coś wyćwiczyć to musiałam mieć coś zadane – i często odkładałam na ostatnią chwilę, więc to były takie dwa różne światy. Później pamiętam, że jeszcze taki gitarzysta, on jest znany – Piotr Lemański, to był jego taki prywatny uczeń, który przyjeżdżał, bodaj z Bydgoszczy do Marka, raz w miesiącu i odbywali jakąś, taka godzinną lekcję. I też Piotr bardzo Marka cenił, a Marek cenił Piotra i podziwiał też jego determinację, że on podejmuje duże koszty, bo to nie były też lekcje darmowe, prawda? (nie ma darmowych obiadów). Także myślę, że Marek lubił uczyć gdzieś tam w środku. Tylko nie lubił być belfrem, nie lubił belfrować.

*link do „filmiku”, o którym wspomina Pani Teresa: TUTAJ – Felieton o Marku Blizińskim możesz przeczytać na stronach portalu: Marek Bliziński – Legendy Gitary

ŁF: W 1979 roku Marek nagrał autorską płytę Wave, była to prawdopodobnie pierwsza w Polsce płyta jazzowa autoryzowana przez gitarzystę. Przecierał szlaki. Potem pojawiła się m.in płyta Jarosława Śmietany Talking Guitar (1984). Właściwie Ci dwaj gitarzyści zajmowali przez jakiś czas najwyższe pozycje w ankiecie Jazz Forum, a prywatnie? Rywalizowali z Jarkiem Śmietaną?

Marek Bliziński i Jarosław Śmietana
Jarosław Śmietana i Marek Bliziński (Zdj. z archiwów rodzinnych)

TB: Te wszystkie listy jakieś, takie rankingowe to było poza nimi. Oni byli trochę różni od siebie. Jarek był 5 lat młodszy od Marka, ale też, właściwie samoukiem. Co prawda Jarek potem skończył Katowice, bo w Katowicach otworzono Wydział Jazzu, ale to była tylko forma… formalność, że tak powiem, bo dla Jarka grania, dla jego sztuki i jego kunsztu, to nie miało takiego, zbyt wielkiego znaczenia. Spotkaliśmy się najpierw, właśnie wtedy w Chodzieży w 1973 roku, gdzie się nawiązała ta ich znajomość, przyjaźń. To taka była męska przyjaźń… a potem odwiedzaliśmy z Markiem… jeździliśmy do Krakowa do Jarosława, bo on miał bardzo dużo płyt i tam sobie spędzali całe dnie gadając, grając, przekomarzając się. Ja chodziłam sobie po Krakowie, a oni spędzali czas we dwóch, bo mieli wspólny temat i wspólną pasję. Ta rywalizacja to była taka… poza nimi, no w muzyce przecież wiadomo, że nie ma rywalizacji. Muszę powiedzieć, że to był chyba… 74 albo 75 rok. Nagrali w studio na Myśliwieckiej takie trio. To było wzorowane trochę na triu trzech gitarzystów: John McLaughlin, Al Di Meola i Paco De Lucia, więc on to… (nagrał w składzie) Marek Bliziński, Jarek Śmietana i Wojtek Waglewski. To było bardzo ciekawe nagranie z tym, że ja nie mogę go nigdzie znaleźć. Pewnie jest gdzieś w archiwum radiowym, nie wiem, ale to świadczy o ich takim… jakby powiedzieć… nie umiem tego określić słowem… bo to nie była tak przyjaźń, ale to była taka… bliskość. Także z tą rywalizacją to nie tak było.

ŁF: OK. Współpraca i zażyłość.

TB: Tak, taka wspólna pasja.

ŁF: Marek podobno bardzo dobrze czuł się w roli sidemana. Co zatem skłoniło go do nagrania własnej płyty. Czy było to za namową kolegów, czy może chciał się znaleźć w końcu w centrum uwagi? Jak czuł się w roli leadera swojego zespołu?

TB: Marek niczego nie robił za niczyją namową, więc na pewno nie za namową kolegów. To była chyba jego potrzeba artystyczna – tak myślę. Miał coś do powiedzenia muzycznie, ale nie czuł się dobrze na scenie, nie specjalnie. Zresztą jak go obserwowałam, to tak zawsze trzymał się jakoś w cieniu, nawet jak grał solo, albo się odwracał bokiem. Jakoś tak… taki miał charakter.

ŁF: Czyli można powiedzieć, że grał dla siebie głównie…

TB: Tak… tak. Dużo grał z resztą… akompaniował Wodeckiemu. Jeździł w trasy. tam była Sośnicka – Wodecki taki team… i jak publiczność słyszała, że Marek Bliziński gitara, to gwizdy… dlatego, że oni by chcieli, żeby Marek trochę coś więcej z siebie dał, a na przykład u Wodeckiego no cóż… no tam szczypał… Zresztą grywał też w orkiestrze na festiwalach opolskich gdzie ja też bywałam. No cóż… no siedział i grał, przecież trzeba było utrzymać rodzinę, a z jazzu jeszcze nikt nie wyżył. Może ktoś wyżył… nie wiem, w każdym razie wtedy nie.

ŁF: Jak czuł się w roli leadera swojego zespołu?

TB: Nie wiem, bo właściwie to nie był taki zespół, który dużo koncertował, to tylko była studyjna praca.

ŁF: Rozumiem, czyli na potrzeby płyty stworzony głównie…

TB: Na potrzeby płyty. To znaczy jeżeli on miałby coś do powiedzenia, to był człowiekiem bezkompromisowym. Dla niego muzyka była priorytetem i jeżeli coś nie pasowało, ktoś coś… nie wiem… nie spełniał jego warunków, to on się żegnał z człowiekiem. Nie było dwóch zdań.

ŁF: Nie bierzemy jeńców…

TB: Tak.

ŁF: W grudniu 1982 roku ukazała się książka Marka – Gitara Jazzowa. Pierwszy nakład 5000 egzemplarzy rozszedł się w mig. Marek poświęcił sporo czasu na jej przygotowanie. Był bardzo skrupulatny i staranny. Nie można tego niestety powiedzieć o pierwszym wydawcy książki. Proszę opowiedzieć co się stało?

TB: Marek pisał książkę bardzo długo ponieważ on niczego nie przepisywał tylko wszystko pisał ze swojej własnej praktyki, a więc każda kropeczka, każde słowo, każda nutka… to on ją jakby sam urodził. Pamiętam, że pisał jedną stronę dziennie. Wieczorem przynosił, ja czytałam tę stronę, którą on napisał i jak miałam jakąkolwiek uwagę dotyczącą nie wiem no… słów, kolejności słów, czy jakichś znaków interpunkcyjnych, to on bronił tego jak niepodległości, i na ogół mnie przekonywał, że to tak ma być, jak on napisał. Czyli cały dzień – jedna strona i to trwało. Napisać książkę to jedno, ale znaleźć wydawcę to drugie i wtedy jakieś takie wydawnictwo, to była Copia, czy jakoś tak… nie wiem… takie wydawnictwo, które nie przyłożyło się do jakości. Tam było bardzo dużo niechlujstwa. Poodwracane zdjęcia, jakieś błędy, literówki. No fatalne… i jakość w ogóle. Ta jakość była też okropna, a już okładka… dramatyczna. Taka jakby dłoń jakaś, rozkładająca się… no tragedia. Więc to było dla niego bardzo przykre. Dobrze, że się w ogóle coś ukazało. Drugi raz, drugie wydanie, to Janusz Popławski, który miał swoją… to był gitarzysta Niebiesko-Czarnych niegdyś, który (to było już po Marka śmierci) wydał ją jako drugie wydanie i to już było lepsze.

ŁF: Płyta „Dla Ciebie Jestem Sobą” nagrana w duecie z Ewą Bem gdzie gitara jest równoważnym partnerem wokalu uznawana jest za płytę koronę. Czy to był właśnie ten styl, który Marek lubił najbardziej?
Czy można powiedzieć, że zdążył spełnić się jako artysta dzięki tej płycie?

TB: Spełnić się jako artysta, to mógł, poprzez całe swoje artystyczne życie, ale tutaj rzeczywiście ta płyta, to jest jego takie… muzyczne credo, jeśli chodzi o stowarzyszenie. Czyli bardzo długo też pracował nad aranżacjami. Oczywiście te piosenki, które wybrał na płytę… bo Marek tam był wiodącą stroną. No potem były oczywiście próby, potem było nagranie. I ta płyta, jeżeli chodzi o mnie, to jest ta do której właśnie… (to uprzedzam już pana pytanie*) do której wracam najczęściej. Wprost uwielbiam tę płytę i jego sposób grania. Nawet muszę panu powiedzieć, że jako nauczycielka w szkole muzycznej wzięłam jedną z piosenek „Deszczyk” i na uroczystości zakończenia roku szkolnego ułożyłam z klasą swoją… taką choreografię – i to wywołało niesamowity aplauz. I dzieci nawet zaśpiewały improwizację, która tam jest w środku, w tej piosence (Ewa śpiewa scatem). Oczywiście ta improwizacja, to powiem panu na ucho… Te improwizacje Ewy to były napisane przez Marka no ale… zawsze. Więc te dzieci to odśpiewały… w każdym razie dla mnie to… coś pięknego, ale też Wave. Nawet niedawno miałam jeszcze tutaj kilka takich, tych płyt CD… i zauważyłam na Youtube, że ktoś, jakiś młody człowiek strasznie marzył o tej płycie i ja mu ją wysłałam. Strasznie się ucieszył i nawet jest mi miło, że ktoś do tego stopnia pragnął mieć to Marka nagranie.

*Miałem zadać pytanie o ulubione nagrania Marka do których Pani Teresa najczęściej wraca.

ŁF: Wspaniała sprawa. Nie wiem, czy łatwe pytanie, ale jak Pani myśli? W jakim stylu grałby dziś Marek gdyby żył?

TB: No na pewno byłby w mainstreamie. Na pewno… bo on bardzo lubił nowości, więc przypuszczam, że siedziałby tak trochę jak Czesław Niemen kiedyś… w całym studio… bo on marzył o swoim studio. Miałby na pewno sprzęt do nagrywania pierwszej jakości. Na pewno miałby różne filtry dźwięku, bo on bardzo lubił te swoje filtry dźwięku, boostery i wah-wah i to, co tam wtedy się używało. Myślę, że siedziałby w swoim studio i robiłby na pewno coś wspaniałego, ale w jakim stylu? Nie wiem… może prędzej wiedziałby to mój syn, który, też sobie siedzi i w swoim domu… tam w Dublinie obwiesił gitarami swoje ściany i też sobie tam szyje, że tak powiem – będąc zresztą w innym zawodzie.

ŁF: OK. Pozdrawiamy w takim razie Maćka.

TB: Bardzo lubię czasami przejrzeć sobie czasami Youtube i gdzieś tam wyłowić tu, czy ówdzie jeszcze jakieś tam nagranie, którego na przykład nie znałam. To to są dla mnie bardzo ciekawe rzeczy. Mam te wszystkie płyty czarne, których z resztą na razie nie mam na czym odtworzyć, muszę się zmobilizować… czyli nagrania z Muniakiem z Klubu Czarnego Krążka, z Polskiego Stowarzyszenia Jazzowego, z „Nowymi” (z zespołem Novi Singers), tam miał kilka świetnych solówek, ze studiem jazzowym Ptaszyna Wróblewskiego. Marek naprawdę bardzo dużo grał, a poza tym na przykład uwielbiam wyławiać tę jego gitarę, bo nie wszystkie nagrania są pod jego nazwiskiem. Na przykład 40-latek, prawda?… śpiewany przez Andrzeja Rosiewicza, tam w tle jest Mareczka gitara śliczna. Marek się świetnie trzymał w czasie, w timeingu i to zawsze bardzo lubiłam. Myślę, że gdyby grał w tej chwili, to też grałby na basie, bo on grając na statkach grywał też jako basista. Pod koniec to nawet już głównie jako basista.

ŁF: To może ja dopowiem, bo też lubię odkrywać gitarę Marka na różnych płytach i ostatnio odkryłem ją na płycie Anny Jurksztowicz „Dziękuję Nie Tańczę”.

TB: Ooo… aha, to ja nawet nie wiedziałam o tym. Wiem, że z Krzesimirem*, zwanym dla przyjaciół „Kwasimirem” też dużo Marek współpracował, także… cieszę się. Postaram się poszukać.

*Krzesimir Dębski – mąż Anny Jurksztowicz.

ŁF: No mi się to udało dzięki temu, że właśnie też… jest ten renesans „winyla” ponieważ niedawno zakupiłem gramofon.

TB: Ooo… i bardzo dobrze pan zrobił

ŁF: Dziękuję bardzo za rozmowę. Bardzo mi było przyjemnie Panią gościć, mam nadzieję, że słuchaczom się podobało.

TB: Ja również dziękuję i wszystkiego dobrego. Młodym muzykom, młodym gitarzystom, młodym instrumentalistom życzę postępów, wytrwałości, niezłomności, ale też trzeźwości w ocenie własnych osiągnięć, żeby nie brnąć na przykład w jakąś ślepą uliczkę

ŁF: No to jest piękne. To życzę pięknego dnia tak jak ta nasza rozmowa.

TB: Dziękuję. Wszystkiego dobrego.

ŁF: … a słuchaczom bardzo dziękuję za uwagę. Trzymajcie się. Cześć!

Z Panią Teresą Blizińską, żoną św. pamięci Marka Blizińskiego rozmawiał Łukasz Fojtar.

Pełna wersja Podcastu z większą ilością zdjęć w filmie na youtube:

Podobał Ci się materiał? Nie przegap następnych:

Zostaw komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Shopping Cart